„Mógłby "Samotny zachód" Martina McDonagha być psychodramą, w której agresja sięga zenitu, za którym jest już tylko pustka. Ale takich ambicji spektakl nie ma - to raczej tragifarsa, dziwaczna czarna komedia (zresztą też sztuka nosi podtytuł: komedia irlandzka). Bo choć w tle są morderstwa oraz samobójstwa, to jednak wiele też śmiechu, niekoniecznie przez łzy. Postaci są jak wściekłe marionetki: i żałosne, i - chwilami - zabawne.”
Monika Żmijewska - Gazeta Wyborcza, 30 kwietnia 2008 r.
"Farsa Martina McDonagha jest zaskakująca: zamiast głupawych żartów z "wyższych sfer" proponuje autentyczny dramat. Zaśmiewamy się do łez, które mogą okazać się prawdziwe. Szczególnie w oku polskiego katola.
Czy ksiądz alkoholik przeżywający pięć razy w tygodniu kryzys wiary jest zabawną postacią? Jasne, że tak! Wielebny Welsh jest groteskowy, godny pożałowania i wykpienia. Ale jednocześnie w tym swoim nieudolnym zmaganiu ze słabościami ciała i ducha staje się istotą godną szacunku - w upadku (a właściwie serii potknięć) objawia się jego człowieczeństwo. W podobny sposób pokazywane są wszystkie postaci "Samotnego zachodu". (...) Najciekawiej wypadł Bernard Maciej Bania. Jego Welsh był niemal bez skazy naturalny. Prosty klecha, alkoholik udręczony niepowodzeniami w posłudze kapłańskiej. Jest przejmująco szczery - i w modlitwie, i w rozpaczy z powodu przegranego meczu.
Objawieniem okazała się Katarzyna Mikiewicz (Girleen). Możemy ją pamiętać z "Czarownic z Salem" i z "Wiwisekcji". Pierwsza duża rola i duży sukces. Po obejrzeniu "Samotnego zachodu" jakoś nie potrafię sobie wyobrazić innej aktorki Dramatycznego w roli Girleen. Zapewne to urok "nowej twarzy", ale chyba nie tylko. Wystarczy popatrzeć, jak Mikiewicz radzi sobie z otwierającą spektakl jazdą na hulajnodze - banalny wstępniak zamienia w małą etiudę, zawłaszcza uwagę publiczności. Nie mówiąc ani słowa, buduje postać pewnej siebie małolaty, świadomej swych kobiecych wdzięków i tego, co chce w życiu osiągnąć.Gdyby "Samotny zachód" był egzaminem aktorskim, to wystarczyłaby ta jedna scena, żeby zdać go celująco. Słabiej wypadły sceny rozpaczy - płacze i jęki brzmiały nieco sztucznie. Za to sekwencje z Girleen w roli małego drapieżnika były w zasadzie bez zarzutu.
Druga połowa scenicznego kwartetu, Sławomir Popławski i Rafał Olszewski (jako wojujący, przez lata skłóceni bracia Valene i Coleman), zasługuje na ukłon "czapką do ziemi". To, że Olszewski potrafi, było wiadomo od dawna. Zaskoczeniem jest niezwykle staranna kreacja Popławskiego. Oglądamy człowieka ograniczonego, prostaka, który w swej manii kontrolowania, posiadania na własność ociera się o psychozę. To chyba pierwsza w karierze Popławskiego rola, która zostanie zapamiętana na długo i z sympatią. Kontrapunktem jest postać Olszewskiego - porywczy, zwierzęco impulsywny, chaotyczny. Obaj dziecinnie zajadli w sporach, ukrywający za fasadą cynizmu i agresji potrzebę ciepła. Samo życie. Udany duet."
Jerzy Szerszunowicz, "Straszna farsa", Kurier Poranny, 5 maja 2008 r.